śledzik, kangury i pomarańcza

Wracam tu kiedy myśli już zalewają moją głowę, kiedy ich za dużo i czas je troszkę uporządkować. Z racji tego, że zawsze mi się w głowie kotłowało, to ten papier wirtualny pomagał mi trochę popatrzeć na wszystko z boku. Okiem narratora.

Spróbuję jakoś to zacząć…

Polska grała z Portugalią ostatniego dnia czerwca 2016r. Ubrana w kalosze poszłam ze znajomymi na mecz by móc przeżywać te emocje w tłumie. Niestety nasi przegrali ale dumnie poszliśmy w miasto by uczcić ich piękną grę. Kupiłam trzy piwa i obróciłam się, trzymając kufle w rękach. I wtedy wszystko się zaczęło. Nie musiałabym się martwić o rozlane napoje bo kalosze na pewno by mnie uchroniły.

I przepadłam. Tak po prostu, na oczach innych ludzi, wpadłam po uszy… Przegadaliśmy całą noc, albo ranek (zawsze miałam z tym problem), o 5 każdy rozszedł się w swoją stronę i mieliśmy już więcej się nie spotkać. Jak na niego spojrzałam, to wiedziałam, że musi być z Australii i że pewnie pływa na desce. Nie myliłam się ani w pierwszej kwestii, ani w drugiej. Podróżował po świecie od paru miesięcy i akurat spotkaliśmy się w PRL-owskim barze. Brakowało tylko wódeczki i śledzika.

W dzisiejszych czasach nie trudno o kontakt wirtualny. Od razu poszło w ruch fb. Myślałam, że pewnie szybko się znudzi bo przecież codziennie poznaje kobiety i to codziennie w innym mieście, innym kraju, na różnych kontynentach. Ale nie, pisał. Codziennie. Wysyłał zdjęcia, dzielił się swoimi przeżyciami. Mówił nawet, że wróci do Europy, że jeszcze bardzo chciałby tu pozwiedzać. Nie wierzyłam mu. Ale dalej rozmawialiśmy. No i w październiku dnia 3 stał w moich drzwiach po podróży z Azji. Miał zostać parę dni, został dwa tygodnie. Pierwsze 5 dni były nam potrzebne do oswojenia się ze sobą. Pokazałam mu swoje życie. Moją pracę, mój dom rodzinny, moich przyjaciół. Wszedł w to moje życie tak bardzo naturalnie. A później ciężko było mi go oddać. Musiał wracać do domu, do Australii bo dostał pracę. Do tej pory mam ten moment pożegnania w głowie. Trzymałam się do momentu, aż w końcu puścił moją rękę, a ja puściłam swoje emocje. To trudne, tak obrócić się do siebie tyłem, ze świadomością, że już nigdy możecie się nie spotkać.

Ale ten kontakt był, w sumie nadal się utrzymuje. Ten ktoś, kto stworzył whatsapp powinien dostać Oskara, Nobla czy coś równie ważnego ;p bo dzięki niemu, mam kontakt z człowiekiem, który żyje ponad 15 tysięcy kilometrów ode mnie. No i lecę do niego już za 9 dni! Lecę do Australii! To brzmi jak matrix. Moje marzenie! Mój kraj kangurów, który zawsze chciałam odwiedzić. To się wydarzy! I spotkam się z nim. Będziemy razem przez 2 tygodnie. Nie wiem czy nam się uda, nie wiem czy to ma sens. Nie chcę tego rachować, kalkulować i zastanawiać się. Nie chcę rad, pouczeń bo i tak nie wiem co moje serce zrobi. Koniec i początek są jak biały albo czarny, a ja chcę całą tęczę. Chcę każdy kolor. Chcę po raz pierwszy w życiu się nie zastanawiać. Chcę zaszaleć, pójść na całość, przeżywać każdy dzień. Chcę się cieszyć- jak dziecko- ze swoją naiwnością, bezinteresownością i w pełnym zaangażowaniu. A co się ma wydarzyć i tak się wydarzy. Wiem jedno- nie ma to jak spędzić po raz pierwszy w swoim życiu Walentynek w mieście, o którym zawsze się marzyło, zastanawiając się czy ten sławny budynek po złożeniu, faktycznie kształtem będzie przypominał pomarańczę…

kocham swoje życie?

Już tak dawno tu nie pisałam, i trochę czuję się nieswojo z tym „uzewnętrznianiem” się. Ale pamiętam, że w jakimś tam stopniu, to przelewanie myśli na papier wirtualny trochę pomaga. Szkoda, że zazwyczaj przychodzi mi na takie refleksje jak czuję się … albo właśnie, raczej nie czuję się. Bo niby wszystko jest w porządku, powiedzmy… Ale jakoś tak sypie się od 4 lat. Zastanawia mnie fakt, kiedy w końcu wyjdzie słońce i po prostu będzie tak zwyczajnie normalnie, bez tego ciągłego zamartwiania. Całą sobą próbuję przywołać te chwile szczęścia, ale czasem już mi brakuje sił i mam dzień, dwa, dziesięć dyspensy na płacz (traktuje go w charakterze oczyszczającym).

Za niecałe 3 miesiące skończę 25 lat. O MATKO! W takich chwilach, aż prosi się o jakąś małą refleksje, retrospekcje i inne ‚re’. Czy te 25 lat sprawiło coś? zmieniło? pomogło? uprzyjemniło czyjeś życie? Zaleciało trochę młodzieńczym buntem- tak, wiem- ale te podstawowe pytania, może brzmią banalnie ale nie każdy jest w stanie na nie udzielić odpowiedzi. Kończę studia, pracuję, staram się żyć w zgodzie ze sobą i swoimi potrzebami ale ostatnimi czasy czuję, że trochę gasnę. Nie wiem czy to wina otoczenia, czy brak świeżości, czy te wszystkie problemy, które przytłaczają, to sprawiają. Czuję, że się zmieniłam. Czy na lepsze? Nie wiem. Co to w ogóle znaczy na lepsze? Chciałabym po prostu obudzić się pewnego dnia i z taką potrzebą i szczerością serca, powiedzieć- kocham swoje życie!

nad przepaścią

Już nie mam chyba siły… Tak się tego boję wszystkiego. Tego, że wszystko pryśnie, że już Nas nie będzie, że nie porozmawia ze mną i nie wytłumaczy. Boże, co on wyrabia?! Już mu nie ufam… nie potrafię. Niszczy wszystko, a ja nie chcę żyć w fikcji. Albo zaczniemy być szczerzy albo to wszystko się rozpieprzy jeszcze bardziej. Rzygać mi się chce tym wszystkim. Odebrał mi mój optymizm, moją radość. A ja nie potrafię z tym walczyć. Ludzie z mojego otoczenia wyczuwają, że coś jest ze mną nie tak. Że jestem smutna, zamyślona, wycofana. Nie chcę taka być! Dziś miał być koniec świata… dla mnie w jakimś stopniu ten koniec świata był, a raczej jest już od jakiegoś czasu. I albo wezmę to wszystko w swoje ręce… albo dalej będę tkwiła w tym zakłamaniu. Tylko skąd czerpać na to wszystko siłę?!

granice są w nas

Wróciłam. Po 3 miesiącach życia w obcym kraju, bez znajomości języka, pracy dzień w dzień… Nie żałuję! To były cudowne 3 miesiące, które nie zamieniłabym na nic innego. Poznałam mnóstwo ludzi, nauczyłam się nowych rzeczy, a przede wszystkim dowiedziałam się więcej o sobie. Pierwszy tydzień to była wieczna walka z samym sobą, z blokadami. Pracowałam w typowo włoskim barze i chodziłam do łazienki żeby się wypłakać bo nie rozumiałam co ludzie chcą ode mnie. Nie znałam ich, ich mentalności, języka, kultury. Wszystko przychodziło z czasem. Coraz lepiej zaczęłam sobie radzić w komunikacji z nimi, musiałam ich przekonać swoim postępowaniem że nie przyjechałam by szukać męża tylko do pracy. Robili wielkie oczy kiedy widzieli mnie z książką w ręku bo niestety dla nich ciągle kobiety zza granicy przyjeżdżają w jednym celu- żeby rozkładać nogi. Zyskałam szacunek…będąc po prostu sobą. Pierwszego dnia pracy dostałam od razu klucze do baru i musiałam sobie radzić sama. Dzięki temu doświadczeniu zrozumiałam, że granice są tylko i wyłącznie w nas. To od nas zależy do czego dojdziemy w życiu i jakimi będziemy ludźmi. Cieszę się, że to przeżyłam, naprawdę. Mimo tych wszystkich przeciwności i ciężkiej pracy. Poznałam też Jego, który wzbogacił moje życie o kolejne cudowne wspomnienia. Bo to już wspomnienia…niestety. Od początku wiedziałam, że nic nie może z tego być. Nie zakochałam się ale tęsknie, brakuje mi tego co tam było. Tak bardzo, że codziennie mi się śni. Boże, jakie to wszystko tam było dla mnie inne! Nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. I pewnie nie przeżyje… To było tak czyste i niewinne. Gra. Byłam przerażona ale jednocześnie podobało mi się to wszystko. J. powiedziała, że gdyby nie zobaczyła tego na własne oczy to nigdy by mi nie uwierzyła w to, co się tam działo. Dziewczyny płakały jak im opowiadałam ‚naszą’ historię. Tak, to było piękne. BYŁO.

april

Jutro Wielkanoc. Najważniejsze święto dla wszystkich katolików. Przynajmniej takowe powinno być.
Ta pogoda za oknem nie zachęca do niczego i jeszcze jak na złość (sic!) włączam covery różnych wykonawców piosenki Adele- Make you feel my love.
Jadę do Włoch na wakacje, na całe 3 miesiące. To już raczej postanowione. Tak więc mam jakieś 2 miesiące na to żeby nauczyć posługiwać się językiem włoskim przynajmniej na poziomie komunikacyjnym. Powodzenia! To będzie mój pierwszy wyjazd na tak długo. Ciekawa jestem jak sobie z tym wszystkim poradzę. Nowe otoczenie, obcy kraj, nieznajomość języka… extra! Ale póki co jestem pozytywnie nastawiona. Czas pokaże.

***

Próbowałam napisać coś więcej…ale godzina patrzenia w ten monitor nie przyniosła wymiernych efektów więc podaruję sobie póki co.

prawda

To się stało. Po raz drugi. Znów mnie oszukał. Nas. Ale teraz już wszyscy wiedzą. Jak się dowiedziałam to miałam wojne w głowie. Wszystko się we mnie trzęsło. Teraz, kiedy o tym piszę, przypominam sobie to wszystko, to znów jest mi ciężko. Kurwa…jakie to trudne! Myślę o NIEJ. Tak strasznie mi JEJ żal. A ja w tym momencie jestem bezradna. Moje zapewnienia o miłości to chyba kpina jakaś przy tym wszystkim. Kiedy myśli zupełnie gdzie indziej. On twierdzi, że nic się nie stało. Jak, kurwa, nic się nie stało, kiedy wszyscy cierpią?! Jak to wpłynie na moją Młodszą?! Ona zadaje pytania, też chce wiedzieć. Jak jej to wszystko wytłumaczyć by jej nie skrzywdzić, by nie zranić jej uczuć, by nie zburzyć poczucia bezpieczeństwa? Skąd ja mam brać na to wszystko siłę? By grać, by udawać, że nic się nie stało. Jak odpowiadać na pytania o mój nastrój, skoro wszyscy widzą, że jestem rozdrażniona, małomówna… Czy on w ogóle zdaje sobie sprawę z wagi całej tej sytuacji?! Nie chce ze mna rozmawiać na ten temat, ucieka. Więc chyba napisze do niego list. Żeby wiedział co zrobił. Nie będę go obwiniać, po prostu będę pisać o swoich uczuciach…

myśli

Wypiłam lampkę czerwonego wina. Ale w sumie to nie ma żadnego znaczenia teraz.
Nie chcę zapeszać… ale chyba zaczynam dostrzegać sens tego wszystkiego co robię. Tak strasznie mi tego brakowało. Jestem wdzięczna za te praktyki. One mi pokazały jak świetny kontakt mam z dzieciakami, jak potrafię je do siebie przekonać. Mimo, że wymagało to ode mnie ogromnego wysiłku i wkładu by przygotować się do zajęć to widzę sens. To jest tak niesamowite, że po paru dniach dzieci pytają się o mnie, przytulają się, witają się kiedy mijamy się na ulicy. A z moich głośnych myśli, zaczęło się coś dziać. Tak po prostu. Jakby z góry zaplanowane już wcześniej było… Ale na razie nic nie mówię, nie piszę bo nie wiem jak to się skończy. Czekam na telefon.

teraz będę tego słuchać chyba na okrągło. I to za sprawą JLW.

ubytki

Są takie dni kiedy o tym nie myślę. I wtedy od razu wszystko wydaje się łatwiejsze. Tak też było przez większość czasu…bo pracowałam, bo nie miałam w zasadzie czasu na myślenie. Ale jak przyszedł kryzys to łzy same napływały mi do oczu. A ja nie mogłam nic powiedzieć. Nie mogłam powiedzieć prawdy dlaczego płaczę. Gdyby On wiedział co zrobił. Co się dzieje wewnątrz mnie. Tak zburzył wszystko, na co pracowało się całe życie. Boże, kiedy to przestanie boleć? Już nie chcę być z tym sama. Jedyna osoba, która wie o tej całej sytuacji, mówi, że jest ze mnie dumna, że podchodzę do tego w taki odpowiedzialny sposób, że potrafię logicznie myśleć kiedy cały świat się wali na głowę… że ma łzy w oczach kiedy sobie o tym wszystkim myśli. Ja nie czuję, żeby to co robie w tej chwili miało napawać dumą. Mi jest cholernie przykro. I wiem, że nie porozmawiam z nim o uczuciach. Bo On nie potrafi. Z całych sił staram się mu wierzyć, że tego już nie ma. Jak mam zbudować zaufanie od zera? Chcę, żeby ta cała sytuacja nie spowodowała we mnie jeszcze większego wycofania. Byłoby to straszne. Nie chcę już więcej takich snów, nie chcę tego całego matrixu…

kłamstwa

Nigdy wcześniej tak się nie czułam. NIGDY! Tak zraniona, oszukana, smutna… Życie to jedno wielkie kłamstwo. Oh jak broniłam się od napisania tak błahych słów, ale tak jest. Najpierw okłamuje się, że się umyło ręcę, choć ich się wcale nie umyło. Później okłamujemy o odrobionych lekcjach, o spotkaniach z rodziną, a raczej o ich braku. Cały czas…kłamstwa. Że Cię kocham, a wcale tak nie jest. Że Cię nie kocham, choć kocham ale boję się przyznać. Że Cie zdradzam bo mi się znudziłaś. Zdradzam bo coś mi odbiło, zdradzam dla zabawy… Kłamstwa.
Wolałabym nigdy o tym nie wiedzieć. Teraz muszę udawać, że wszystko jest ok. Kolejne kłamstwa. Myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko na filmach, w patologicznych rodzinach, w wielkich miastach. O zgrozo! jakże się myliłam. Nie wiem czy kiedykolwiek odbuduje to utracone zaufanie. Boże, dlaczego to musiało się zadziać?! Tak mnie serce jeszcze nie bolało… Wróć i pomóż mi przez to przejść! Sama sobie z tym nie poradzę. Za bardzo boli…

wesele

Byłam na weselu i w związku z tym trochę posmucę- muszę!! Od pewnego czasu mam wrażenie, że los sobie ze mną igra. Sprawdza mnie ile jestem w stanie wytrzymać? Nie wiem…ale tyle emocji, ile mi towarzyszyły od paru tygodni to już długo nie miałam. Wracając do wesela… cieszę się, że poszłam. Nie ważne, że sama. Ważne, że dobrze się bawiłam. Zakwasy na lydkach są tego najlepszym dowodem. B. wyszła za mąż. Moja rówieśniczka. Razem dorastałyśmy. Nasi rodzice się przyjaźnią, jesteśmy sąsiadkami. Bywałyśmy dla siebie okrutne. Teraz z perspektywy czasu, jest mi wstyd za moje niektóre zachowania względem B. Przecież bywało tak, że obracałyśmy się wszystkie przeciwko niej i ją zostawiałyśmy samą. Nie wiem czy to uroki okresu dojrzewania ale przykre jest to, że się tak traktowałyśmy. Na szczęście żadna z nas nie ma o to teraz do siebie pretensji i potrafimy ze sobą rozmawiać, śmiać się i wspominać. Ona już jest mężatką. Niedowierzam ale cieszę się jej szczęściem. Kiedy patrzyłam na nich jak tańczyli swój pierwszy taniec, uśmiech sam rysował mi się na twarzy. Ona znalazła, może i ja kiedyś znajdę? Chciałabym… Póki co, tylko potrafię odpychać. Nie pozwalam się do siebie zbliżyć, uciekam- zupełnie tego nie rozumiem. Piękny obraz miłości, zakochania miałam na weselu. Przytuleni, czoło do czoła pochylone, stykają się nosami i mrużą oczy. Aż zapragnęłam miłości. W tamtym momencie im zazdrościłam, że mają siebie, że dażą się takim zaufaniem, mogą czuć się bezpiecznie. Piękne i wzruszające. Nie lubię za dużo słodyczy, romantyzmu, nadskakiwania w dogadzaniu sobie nawzajem…ale to było naprawdę piękne. I cieszę się okrutnie, że B. jest mężatką, że jej się udało, że może kochać i że jest kochana…- szczerze.